krzysiozboj napisał:

> Największy sukces przemian po 89 – przebiliśmy Chiny w atrakcyjności jeśli idzi

> e o tanią siłę roboczą.

> Z nami jest tylko nieco inaczej niż z Chinami, tam rząd (oj jaki niedobry i kom

> unistyczny) nie pozwalał na sprzedaż za paciorki, kontrolował wszystko co strat

> egiczne dla przemysłu. U nas pobudujemy hale im Balcerowicza & Lewandowskiego &

> Buzka & Bieleckiego, ogłosimy to jako ogromny sukces w walce z bezrobociem a k

> ontrolę nad całością będzie miał „inwestor”.

>

> Żal patrzeć na to do czego jako kraj po 89 doszliśmy.

Proste są tylko „Gazetowe” diagnozy i recepty, i sporo osób w te „proste tłumaczenia” wierzy.

Po pierwsze, skoro sam siedzisz w kilkupokoleniowym biznesie rodzinnym, to na pewno wiesz doskonale, że przedsiebiorstwo się rozkręca latami, zanim ono coś zacznie znaczyć na rynku. To jest właśnie największy grzech komuny – Polska przed II Wojną Światową miała niemało firm, które się rozwijały, wprowadzały innowacje, i miały perspektywy. Wojna to mniej zniszczyła, niż komuna – nacjonalizując, niszcząc ludzi, i tłumiąc rozwój. Komuna była dobra w zapewnianiu podstawowej, brutalnej industrializacji, i w budowie przemysłu cięzkiego, którego trochę wcześniej mieliśmy, ale którego głównym hamulcem rozwoju był brak kapitału. Również przed wojną przemysł ciężki u nas rozwijało Państwo, dusząc podatkami sektor prywatny, żeby zrobić tę „marksowską” akumulację pierwotną (masz te wszystkie państwowe Gdynie, Rożnowy, COP-y, itp), ale komuna poszła na całość.

W konsekwencji po 1989 roku myśmy nie mieli wiele wartego na wolnym rynku przemysłu. To, co sprzedawano w ramach prywatyzacji, to były głównie zakłady produkcyjne powstałe lub zmodernozowane w czasach gierkowskiego zycia na kredyt, produkujące towary licencyjne drożej i gorzej, niż licencjodawcy, i dodatku juz zdekapitalizowane brakiem inwestycji w latach 1980-tych, bo wtedy juz nie było za co inwestować. Te zakłady na wolnym rynku szans nie miały, i ich produkcja w Polsce też nie miała zbytu po otwarciu granic. Robotnicy chcieli te przestarzałe towary produkować, ale jako konsumenci kupować ich nie chcieli; miałeś te wszystkie Polonezy, radia Diora, gramofony Fonica, telewizory Unimor albo WZT, sam sobie możesz dalszą częśc listy dopisać.

Problem polegał na tym, że w dowolnym kraju Zachodniej Europy spora część przemysłu to jest drobna i średnia przedsiębiorczość, rozwijająca się od lat. Kiedy budujesz dom, i otworzysz sobie katalog z jakimiś duperelami typu gwoździe, uchwyty do szafek, okucia drzwiowe czy okienne, to znajdziesz setki ofert różnych małych firm z Austrii, Niemiec, czy Włoch, które cie poinformują że ten swój towar wytwarzają od, powiedzny, 1895 roku w jakiejś dziurze pod Alpami, i wiesz że płacisz za jakość i tradycję, i za to, że jak oni ci dają 50 lat gwarancji, to wierzysz że skoro istnieją już ponad 100 lat, to następne 100 też będą istnieli i gwarancj e wyegzekwujesz, w przeciwieństwie do firmy z Polski, która istnieje od 5 lat u szwagra w garażu. Myśmy też takie firmy i tradycje mieli, i komuna to zniszczyła, a warunkach globalizacji i otwartych rynków odbudowuje się ten sektor trudno, choć trochę się w Polsce udało.

Sprzedaż „za paciorki” polegała na tym, że Olechowski i rząd Olszewskiego oddał Fiatowi całe FSM za symboliczną złotówkę, i spłatę długów. Awantura była pod niebiosa, ale fabryka istnieje, daje pracę i produkuje, pomimo tego, że ostatnio część produkcji znów do Włoch wyprowadzono. FSO w Warszawie nie zostało oddane, choć chetny był i GM (Opel), i VW, bo związkowcy krzyczeli o „wyprzedaży majątku narodowego”, i przedstawiali wyliczenia, ile miliardów ta fabryka jest warta, i żadali „gwarancji socjanych”, i dziś teren po fabryce, który należy do miasta, pójdzie pewnie na kolejne biura, a ludzie z FSO są na bruku.

Czasem sie i za symboliczne „paciorki” opłaca oddać.