Posłużę się przykładem:

„Akcja mleczna” w szkole.

Trzy razy w tygodniu dzieci dostają pasteryzowane mleko lub jogurt w kartonikach.

Do wyboru są:

– czyste mleko 2%tł. (bezpłatnie),

– mleko smakowe – waniliowe lub czekoladowe (za niewielką dopłatą wnoszoną raz w semestrze).

– jogurt brzoskwiniowy.

Część dzieci pije mleko „białe”, jednak większość rodziców deklaruje wariant „kolorowy”.

Mleko smakowe oraz jogurt są oczywiście dosładzane. Mleko smakowe zawiera przeciętnie 12% cukru. Desery jogurtowe często jeszcze więcej – nawet 15%. Kartonik mieści 270g mleka. Policzmy zatem:

270g * 0.12 = ~32g

czyli 4 CZUBATE ŁYŻECZKI cukru w kubku napoju.

3 dni mleczne w tygodniu dostarczają dziecku blisko 400g NADMIAROWEGO cukru miesięcznie. Dostarczanego JEDYNIE W SZKOLNYM MLEKU! Pomijam milczeniem zakupy słodkich paskudztw w szkolnym sklepiku. Przymykam oko na ociekające syropem batony przynoszone w roli drugiego śniadania, itd…

Ilu z Was byłoby w stanie wypić herbatę z 4 łyżeczkami cukru? Takimi 'z górką’?

A dzieci to piją!

Skoro piją (przyzwyczajając się, że wszystko co jedzą musi być lepko-słodkie) to nie łudźmy się, że kiedykolwiek, z własnej woli sięgną po 'mdłą’ marchewkę, 'cierpkie’ jabłko czy 'taki dziwny’ razowy chleb. Pamiętajmy, że nawyki żywieniowe wypracowane w wieku szkolnym, procentują potem przez całe dorosłe życie.

Coraz częściej mówi się o potrzebie ucywilizowania szkolnych sklepików. Idea ze wszech miar słuszna, dotyczy jednak tylko wycinka problemu.

Szkolny sklepik A.D.2011 nie jest tym samym sklepikiem, który niektórzy rodzice mogą pamiętać z lat szczenięcych. Tzn. przedsięwzięciem prowadzonym na zasadach non-profit przez samych uczniów, pod opieką wyznaczonego nauczyciela. Oferującym niezbędne minimum: zeszyt, długopis, bułkę na drugie śniadanie i ew. (w wersji lux) świeżą drożdźówkę.

Dzisiejszy sklepik, jest zwykle prowadzony przez zewnętrzną firmę, w lokalu (czy raczej lokaliku) wynajętym od szkoły. Musi na siebie zarobić i przynieść dochód – inaczej traci rację bytu. A skoro tak, to oferuje to co będzie w stanie sprzedać. Czyli wszelkie słodkie paskudztwa: tureckie batony, pakistańskie gumy do żucia, świecące lizaki, itd… Lepkie od cukru, nafaszerowane syntetycznymi dodatkami (m.in. barwnikami E110, E129… , wywołującymi nadpobudliwość).

Nawet przy dużej dozie dobrej woli, każda próba wystawienia owoców, soków czy kanapek – w konfrontacji z dziecięcymi przyzwyczajeniami będzie z góry skazana na niepowodzenie.

Oczywiście działa to w obie strony. Popyt ze strony uczniów wyznacza ofertę sklepu a zarazem oferta wpływa na kształtowanie popytu. Jednak na wyrabianie właściwych (bądź fatalnych) nawyków żywieniowych w pierwszej kolejności wpływ mają rodzice. Jakich nawyków ma się dorobić dziecko, które zamiast porządnego drugiego śniadania dostaje do szkoły batonik (40% cukrów prostych w postaci syropu glukozowo-fruktozowego) lub – co gorsza – 2 zł z poleceniem 'kup sobie coś w szkolnym sklepiku’?

W sieci można znaleźć szokującą prezentację Jamie Oliviera skierowaną przeciwko karmieniu dzieci produktami fast-food:

www.dieta-bez-problemu.pl/jamie-oliver-i-zdrowe-zywienie

W tejże prezentacji pada pytanie:

„Ile cukru – wyłącznie w słodzonym mleku – zjada amerykańskie dziecko w ciągu pierwszych pięciu lat szkoły podstawowej, wypijając po dwie porcje tego napoju dziennie?”

Odpowiedź (zilustrowana cukrem wysypanym na podłogę) brzmi: TACZKĘ!

Do amerykańskiego ideału, naszej nacji jeszcze trochę brakuje.

Ale dzielnie gonimy lidera. 🙁



MDz