I wiesz co? W lumpeksach przynajmniej nie są cenowo dymani. Mam taki przybytek niedaleko domu, w dniu dostawy (wtorek) można kupić fajne rzeczy maksmimum za 8 PLN, a i tak w piątek jest jeszcze w czym wybierać, choć po przecenie te szmatki (tylko z nazwy, bo to dobrej jakości rzeczy z USA, Niemiec, Francji, Anglii i Belgii) kosztują po 2 PLN. Nie ma też mowy o tym, że jak taki ciuch wsadzisz w domu do pralki, to potem wyjmiesz porozciąganą szmatę do podłogi albo jakiegoś przykurcza. Nie schodzą kolory, nie ma mowy o farbowaniu i metki są też „markowe”, ale nikogo tu ten aspekt nie obchodzi. Przychodzą tu na zakupy wcale nie biedni, ale wiele osób dobrze sytuowanych, które nie chcą, kupując w sieciówkach czy nawet butkiach, narazić się na ujrzenie lustrzanego odbicia, bo na polskim rynku mamy masówkę i jak już coś jest modne, to pół ulicy w tym chodzi. Second handy to nie wstyd, tylko styl życia odmienny od konsumpcyjno-snobistycznego, luzik, spontan i „wdupiemanie” czyjejś opinii.