Przeczytalem z uwaga, bo zetknalem sie z pracownikami Ericpolu (rekrutujac ich do pracy w innych firmach ale tez pracujac z nimi). Moze sie czepiam, ale proponuje przeczytac slowa pana Smeli uwaznie i zastanowic sie nad tym, jaki czlowiek moglby je wypowiadac.

Przede wszystkim faktycznie, nie musial miec szczescia. Wykorzystal roznice kosztow pracy na swoja korzysc. Tak, jak wielu przed nim i wielu po nim, choc niekoniecznie w tej branzy. Duma, ze udalo mu sie rozkrecic interes, gdy dysponowal z 10 razy tansza sila robocza niz konkurencja jest na wyrost. Pan Smela zdaje sie nie dostrzegac, ze to nie jego blyskotliwosc, ale stan polskiej gospodarki dzialal na jego korzysc. Do tego trzeba dodac, ze w Polsce poczatku lat dziewiecdziesiatych malo bylo pracy dla wyksztalconych ludzi, uczelnie placily grosze, przemysl jaki istnial za komuny wlasnie sie sypal… Ericpol powstal w idealnym momencie. Ale czy zasluguje na brawa, ze mu sie udalo? Nie, byloby raczej dziwne, gdyby nie odniosl sukcesu.

Innym „kwiatkiem” jest fakt, ze pan Smela skorzystal z kontaktow w Ericssonie. Czyli da facto na rynku polskim wcale nie gral fair, bo dysponowal mozliwosciami, ktorych rodzimi biznesmeni w tamtych czasach miec nie mogli. Ponownie: chwali sie panu Smeli, ze skorzystal z nadarzajacej sie okazji, ale ja na jego miejscu nie chwalilbym sie tym, bo po co zdradzac, ze nie blyskotliwy biznes plan i ciezka praca, a zwykle znajomosci (jak za komuny) pomogly? Oczywiscie nie zarzucam panu Smeli, ze byl przez Ericssona faworyzowany, wierze ze gral uczciwie. Tyle, ze ton artykulu jest taki: oto genialny przedsiebiorca z Polski, ktory poradzil sobie lepiej niz inni. Hm, dziwne byloby, gdyby sobie nie radzil lepiej…

Trzecia rzecz: podejscie pana Smeli do ludzi, ktorych zatrudnial. Mam nadzieje, ze teraz jest inne. Ale chwalenie sie w wywiadzie, ze mogl zastapic kazdego pracownika zdradza (nie wierze, zeby bylo inaczej), ze mogl skorzystac z tego faktu w rozmowach z zatrunionymi ludzmi. Typowy polski szef ma podejscie „jak sie nie podoba, to…” – i tu zapachnialo tym samym. Pan Smela pochwalil sie brakiem zaufania wzgledem swej zalogi: przeciez jak czyta sie jego wypowiedz jasno widac, ze bal sie, ze pracownicy oklamuja go, pietrzac trudnosci gdzie ich nie ma.

Nie znam szczegolow odnosnie pracy w Ericpolu, ale co pare lat pojawia sie na forach internetowych sporo goracych tematow. Wiem, ze firmie nieobcy jest sad pracy, poznalem tez motywacje ludzi, ktorzy z tamtad odchodzili (mialem przyjemnosc z nimi pracowac, wiec byla okazja pogadac). Teraz, czytajac ten (sponsorowany?) artykul mam wrazenie, ze lepiej ich rozumiem. Jak mawial klasyk, ryba psuje sie od glowy i cos tu, kolokwialnie mowiac, cuchnie.

Przyszlo mi do glowy porownanie „gigantow” z polskiego i amerykanskiego rynku IT. U nas jest taki pan Smela, nie wizioner, ale raczej dorobkiewicz, ktory w dobrym momencie znalazl sie w dobrym miejscu i mial odwage skorzystac z okazji. W stanach sa prawdziwi wizjonerzy (Gates, Jobs, zeby daleko nie szukac). Czy potraficie sobie wyobrazic ktoregokolwiek z nich mowiacego, ze podstawa sukcesu jego firmy bylo to, ze potrafil zrobic to, co jego podwladni i dzieki temu mogl im udowodnic, ze oklamuja go jakoby czegos nie dalo sie zrobic? Pytanie jest oczywiscie retoryczne.