Nie ma to jak dobre samopoczucie pana ministra. Ciemny lud nic specjalnie nie rozumie z tego, co się wydarzyło na szczycie, ale skoro wszyscy mówią, że mamy sukces, to chyba tak musi być…?

Szkoda strzępić języka, bo ręce opadają od tej propagandy sukcesu: najpierw bębniono, że europejskie banki przeszły dwie rundy bardzo wszak rygorystycznych „stress testów” (które w żadnym scenariuszu nie zakładały upadłości Grecji). Niedawno politycy zgodnym chórem zaprzeczali, że banki potrzebują dodatkowego kapitału głośno plując na madame Lagarde. Banki w dodatku już przy poprzedniej rundzie pomocy dla Grecji zgodziły się na straty (które stratami okazały się tylko na potrzeby politycznego PR). Teraz wreszcie mowa o „sukcesie”, bo bankierzy zgodzili się na 50% odpisy (oczywiście straty zrekompensują im pospołu unijny i chiński podatnik, ale o tym jakoś za głośno się nie mówi).

Powiedzmy sobie jasno: 50% to dziś za mało, żeby Grecja była w stanie obsługiwać swój dług. Minimum to 65% (mówi o tym Kaczyński, który co prawda nie ma konta, ale ma za to cichych acz merytorycznie sprawnych doradców – myślę, że albo Gilowska, albo Rybiński). Propagandzistom „najbardziej opiniotwórczego” portalu oraz ministrowi Dowgielewiczowi polecam szybki rzut oka na terminal Bloomberga i zadanie sobie pytania dlaczego nie ma chętnych na obligacje greckie z terminem zapadalności powyżej roku, które obligatariusze oferują poniżej 40% nominału? Czyżby dlatego, że rynek doskonale wie, że Europa będzie musiała jeszcze parę razy „stanąć na wysokości zadania”, bo problem Grecji – o całej strefie nie wspominając – nie został w ogóle rozwiązany?